…o tym jak dzięki zmianie stylu życia wyszłam z długów

Przeczytaj historię Ilony, która z powodu złego gospodarowania pieniędzmi wpadła w poważne kłopoty finansowe.

 

Moje problemy finansowe zaczęły się jeszcze na studiach. Niczego mi nie brakowało, rodzice opłacali mi wynajęty pokój, miałam pieniądze na jedzenie, było mnie również stać na rozrywki i studenckie życie. Modne były jednak kredyty studenckie. Oferty naprawdę kusiły. Znajomi brali je często i twierdzili, że to dobry pomysł. Dla nich również nie była to konieczność, ponieważ tak jak ja dostawali pieniądze na życie od rodziców. Jednak chcieli je zainwestować, odłożyć na lokatę i zarobić na odsetkach. Pomyślałam, że to dobry pomysł.

Nie musiałam długo czekać na pieniądze. To był dla mnie duży zastrzyk gotówki. Tak to się zaczęło. Kiedy poczułam, że mam więcej środków, pomyślałam, że do tej pory żyłam skromnie. Początkowo moje wydatki były całkiem niewinne – a to kupiłam sobie nowe spodnie, wybrałam się z koleżankami na pizzę, do kina czy na weekend nad morze. Mój apetyt rósł jednak w miarę jedzenia. Zamieniłam znane marki odzieżowe na droższe, bardziej luksusowe, jadłam lepsze jedzenie – nie oznacza to, że wcześniej jadłam źle, jednak zaczęłam kupować wino do obiadu, a w marketach wybierałam tylko najdroższe produkty: pleśniowe sery, włoskie wędliny, orzechy z różnych stron świata. Mogę tak wymieniać i wymieniać. Żyłam na naprawdę wysokim poziomie! Szybko okazało się, że „przejadam” wszystkie pieniądze. Nie zostało nic na oszczędzanie, ale nie martwiłam się tym – kończyłam studia, niedługo miałam zacząć poszukiwania pracy.

Pierwsze rozmowy kwalifikacyjne były dla mnie jak kubeł zimnej wody. Wynagrodzenie, które proponowały mi firmy, było śmiesznie małe, przynajmniej w porównaniu z moim dotychczasowym trybem życia. Rodzice próbowali mi wytłumaczyć, że to normalne na początku, muszę przecież zdobyć najpierw doświadczenie zawodowe. I że spokojnie mi to wystarczy. Nie wiedzieli jednak o moim dotychczasowym trybie życia, ani nawet o kredycie studenckim. Zaproponowali, że mogę mieszkać u nich i dojeżdżać do pracy. To nie wchodziło w grę, ponieważ mieszkają na wsi, a do dużego miasta, gdzie miałam szansę na dobrą pracę, było 70 km. Nie mogli też pomagać mi dłużej finansowo, ponieważ na studia poszła moja młodsza siostra. I tak znalazłam się w sytuacji bez wyjścia.

Mimo że ostatecznie podjęłam pracę, co miesiąc brakowało mi pieniędzy na życie. Już dwa tygodnie przed wypłatą na moim koncie było zaledwie kilkanaście złotych. Wówczas wpadłam na pomysł wzięcia chwilówki. Byłam przekonana, że za jakiś czas dostanę podwyżkę lub znajdę lepsze zatrudnienie. W taki sposób wpadłam w pętlę zadłużenia, a prowadzenie życia na tym samym poziomie sprawiało, że mój dług rósł. Dostawałam wiele listów z wezwaniami do zapłaty, które po jakimś czasie z nerwów – zamiast otwierać – zaczęłam wyrzucać prosto do kosza.

 

Ilona próbowała podreperować swój budżet chwilówkami. To jednak dawało jej pozorne poczucie, że ma na wszystko pieniądze. W efekcie wpadła w pętlę zadłużenia.

 

Po jakimś czasie musiałam zacząć spłacanie kredytu studenckiego. Niestety nie miałam z czego. Postanowiłam, że wezmę kredyt w banku. Bank jednak mi go odmówił. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że figuruję jako dłużnik w rejestrze jednego z biur informacji gospodarczej.

Postanowiłam wziąć się w garść. Zaczęłam planować swoje zakupy. Drogie produkty zastąpiłam tymi ze średniej półki, taksówki zamieniłam na komunikację miejską. To dało mi kilkaset złotych oszczędności miesięcznie. Postanowiłam też sprzedać część przedmiotów, które kupiłam pod wpływem impulsu, a których nie używałam, np. rower, orbitrek, sporo książek i płyt, gramofon. Uzyskane w ten sposób pieniądze przeznaczyłam na spłatę chwilówek. Znalazłam też dodatkową pracę – w weekendy pracowałam jako opiekunka do dziecka. Dzięki temu krok po kroku wyszłam z zadłużenia i stanęłam na nogi.